niedziela, 15 maja 2016

{w czasie deszczu...}

... dzieci się nudzą. Podobno. Chociaż jakoś nie chce mi się w to wierzyć, bo ja, jako dziecko, nie nudziłam się nigdy. Przecież kałuże, wychodzące po deszczu z ziemi dżdżownice i tęcza to najwspanialsze efekty poważnej, wiosennej ulewy! A ile książek można w deszczowy dzień przeczytać, ile rysunków nabazgrać na kartce lub ścianie (ups, Mama nie była pocieszona)!
Jednak czytanie w deszczowe dni to po prostu mus. Książka, koc, herbata i uderzające o parapet krople... to wszystko ze sobą współgra, pasuje do siebie idealnie. Wykorzystałam więc mokrą sobotę, by podnieść nieco statystyki czytelnictwa w Polsce i zabrałam się za kolejną lekturę. A Wam chcę napisać po krótce o książce, którą połknęłam wcześniej.



Hen. Na  północy Norwegii to druga książka Ilony Wiśniewskiej, którą chcę Wam polecić. O pierwszej, opisującej życie na Spitzbergenie, możecie przeczytać TUTAJ (klik). Tym razem Wiśniewska zabrała nas w podróż po historii, mentalności, kulturze i krajobrazach północnej Norwegii i jej mieszkańców. Tak różnych od nowoczesnego i łagodnego pod kątem klimatu Południa. Oczami umierającego starca oglądamy więc z autorką zamierający pomału Finnmark, z którego większość mieszkańców wyjeżdża, gdy tylko nadarzy się okazja. Pozostali przygotowują tradycyjne sztokfisze, wpatrują się w ozdobione graffiti opuszczone budowle i wsłuchują w pieśń najbardziej północnego krańca Europy. 




"Orkan daje o sobie znać stopniowo, gwałtownymi kichnięciami. A to w śmietnik, rozwlekając zawartość na drogę, a to w plandekę na remontowanym budynku ratusza, robiąc w niej dziurę, a to przewracając domino z grupy przedszkolaków w kamizelkach odblaskowych. W tunelach z zasp miasto każdego dnia wygląda inaczej, można się więc włóczyć godzinami w tym białym labiryncie bez potrzeby znalezienia wyjścia. Bez potrzeb w ogóle. W nasilającym się wietrze jest melodia. Najpierw prawie niesłyszalna, kiedy kapiąca woda uderza miarowo w dziurawe wiadro. Potem trochę głośniejsza, przy wtórze harf odłączonych linii energetycznych, skrzypiących drzwi i powyginanych fletów odciętych rurek hydraulicznych. Zdecydowana, kiedy wiatr przeciska się przez ustniki dopitych butelek i baniaków na bimber, i rytmiczna, wygrywana na trójkątach zardzewiałych wieszaków na ubrania i cymbałach elewacji z eternitu. Nieznośna, kiedy wali z całej siły w dawno wystygłe kotły. Im bardziej zniszczony dom, tym melodia wyraźniejsza."



Wybrałam tę księżkę do tego wpisu nie bez powodu. Za nieco ponad miesiąc wezmę udział w wydarzeniu dla mnie bardzo istotnym - Halfway Festival w Białymstoku. Oprócz ukochanej Farerki - Eivor i jednej z najzdolniejszych wokalistek norweskich - Ane Brun, pojawi się tam także autorka rzeczonej książki wraz z mężem. Podczas spotkania autorskiego nie tylko opowiedzą oboje, jak się żyje daleko na Północy, ale też pokażą. Bowiem wydarzeniu towarzyszyła będzie wystawa fotografii Birgera Amundsena, męża autorki. Nie mogę się już doczekać! :) 


Pamiętacie post, w którym pisałam Wam o jedynym do tej pory polskim reportażu o Wyspach Owczych? Autorzy tej książki również zjawią się na tej wspaniałej imprezie w Białymstoku, aby opowiedzieć swoją historię. Halfway Festival to dla mnie prawdziwe święto: i muzyczne, i literackie. :)  Może ktoś z Was się wybiera? Dajcie znać! :) 

Uściski, k. 

Ps. muzycznie, specjalnie dla Was i dla mnie, samska pieśniarka, któą uwielbiam - Mari Boine. W jej pieśniach czuć ducha Północy. Posłuchajcie. 



8 komentarzy:

  1. zaczarowałaś mnie ta Mari Boine... tego było mi trzeba po nieprzespanej nocy :) buziaki! i czaruj dalej Kózko!

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety Białystok dla mnie za daleko i koszmarna droga, mam nadzieję, że niedługo skończą S-kę. Bardzo mi się w nim latem podobało, a dwa dni to tylko liźnięcie, nie mówiąc już o Supraślu. No i mam tam rodzinę, którą po raz pierwszy odwiedziłam.
    Odnośnie książki słuchałam w Trójce wywiadu z autorką i pieśni wokalistki. Ciekawie opowiadała o ludności, która nie koniecznie chciała się poddać edukacji norweskiej (to coś w rodzaju naszej germanizacji). Mojego ojca siostra leczyła swojego czasu w szpitalu na Przylądku Północnym, i też opowiadała dość ciekawe historie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj i ja zawsze lubiłam w deszczowy, zimny dzień zasiąść z książką. Teraz, mając 15 miesięcznego F. jest to niestety znacznie trudniejsze. Ale widzę już światełko w tunelu i mam nadzieję, że już nie długo wrócą dawne zwyczaje ;) (do momentu pojawienia się następnego małego przeszkadzacza ;)
    miłego tygodnia!

    OdpowiedzUsuń
  4. U mnie tez kot załapał się do zdjęcia jak pisałam o książkach 😋

    OdpowiedzUsuń
  5. jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka "Białe". urzekła okładka. odłożyłam w Empik-u i teraz przypomniałaś mi o jej istnieniu. wygląda na to, że mam do nadrobienia dwie pozycje tej autorki. dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Też nigdy nie nudziłam się będąc dzieckiem, a na czytanie byłam w stanie poświęcić każdy- nawet najbardziej słoneczny dzień (i zarwać noc). Na razie te czasy minęły, ganiając za chłopakami nie mam już czasu na czytanie- a powiem nawet więcej- stronię od czytania! Jak mnie wciągnie jakaś lektura to ani obiadu nie ugotuję ani nie posprzątam a dzieci stawiają dom na głowie ;P Życzę Ci wielu niezapomnianych festiwalowych wrażeń!

    OdpowiedzUsuń
  7. No i poza książką w deszczowe dni jeszcze kocisko grzejące się o nas jest bezcenne . Uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Zachęcasz do przeczytania :-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój czas i komentarz. :)