niedziela, 1 listopada 2015

{korzenie}

Jego portret wisiał u Niej w domu nad łóżkiem do końca Jej dni.
Identyczny jak ten, który dziś stoi w ramce w naszym saloniku. To była miłość od pierwszego wejrzenia
i na całe życie. Bronia i Jan. Rodzice, dziadkowie, pradziadkowie. Dziś opowiem Wam o korzeniach.


Nie znam całej historii, bo osób, które ją znały, już niestety nie ma. Ale wszystko zaczęło się, gdy korzenie szlacheckie i przynależność do rodzin inteligenckich przynosiły śmierć. Młode małżeństwo z kilkumiesięczną córką, Bronią, siłą zmuszone do opuszczenia Poznania, wysiadło na dworcu w Petersburgu,
pod pretekstem przesiadki. Na miejscu zostali rozstrzelani, a mała Bronia trafiła do zakonu, który stał się jej domem na kolejnych 18 lat, i który spowodował, że nigdy więcej nie weszła do kościoła.
O tym, co tam widziała, co przeżyła, nie opowiadała nikomu, poza ukochanym Jankiem.
Uciekła stamtąd na Litwę, do Wilna, gdzie poznała osiemnaście lat starszego od siebie kawalera:
przystojnego, dobrego, pracowitego Jana.

Wyszła za Niego za mąż, wykorzystała zdobyte dzięki pobytowi w klasztorze wykształcenie
(m.in. płynnie mówiła po polsku, rosyjsku, litewsku i niemiecku) i wstąpiła do partii. Urodziła trójkę dzieci - jednym z dwóch synów był Władysław, mój Dziadek. Zrobiła karierę polityczną, pełniła funkcję sołtysa w położonym niedaleko od Wilna miasteczku, Vievis. Tam też stoi do dziś, kiedyś piękny,
drewniany dom, w którym mieszkała pięcioosobowa rodzina.
O wizycie w tym domu chciałam Wam opowiedzieć już dawno, ale nie mogłam... to było bardzo intensywne przeżycie.

(To numer domu obok, bo na początku nie byliśmy pewni, który z dwóch domów, to TEN.)

(Semeliskiu Gatve 28, Vievis. Tu do śmierci mieszkała prababcia Bronia.)




O Janku wiem naprawdę niewiele. Zmarł w tym samym roku i miesiącu, w którym urodziła się moja Mama.
Był artystą rzemieślnikiem. Kimś na kształt dzisiejszego konserwatora zabytków.
Kościół, w którym odnawiał malowidła sufitowe, rzeźby i inne ozdoby stoi po dziś dzień. Bronia została wdową mając czterdzieści kilka lat. Nigdy więcej nie wyszła za mąż.
A portret ukochanego Janka towarzyszył Jej do ostatnich dni.

Taki sam portret ojca i wykonany specjalnie z tej okazji portret matki, Władysław dostał od rodziców
w dniu wyjazdu do szkoły. Trafił do Niemenczyna niedaleko Wilna, gdzie zdobył zawód zduna
i stał się na ten czas 16 dzieckiem stryjenki, u której mieszkał kątem wraz z jej piętnaściorgiem dzieci. (Nawiasem mówiąc za ten "wyczyn" stryjenka dostała nawet medal od państwa!)
W Niemenczynie poznał młodszą o trzy lata blondyneczkę o pięknym imieniu - Nadzieja - i po prostu wiedział,
że albo Ona, albo żadna.

(Mój kochany dziadziuś, Władysław.)

Nadzieja, dziewczyna o oczach błękitnych jak niebo w słoneczny dzień i alabastrowej karnacji,
nie znała swojego ojca. Opowiadała mi, że widziała go tylko raz w życiu, i że miał piękne, zielone oczy.
Matka Nadzi, Maria, bywała w tamtym czasie raczej gościem, więc dziewczynę wychowywała babcia.
Moja praprababcia, Anna. Nadzia była z Nią do ostatnich chwil, a po śmierci babci,
jako czternastonastolatka trafiła do wujostwa, które gdy tylko skończyła 18 lat, wydało ją za mąż.
Wyszła za tego Władka o pięknych, piwnych oczach, oliwkowej karnacji i kruczoczarnych włosach.
Był przystojny i wysoki. I zakochany. Władek stał się rodziną, której tak naprawdę nigdy nie miała.
Jeszcze na Litwie młodzi doczekali się syna, Władysława, i córki, Ludmiły.
Trzecie dziecko, Irenka, urodziło się już w Polsce.

(Moja mama, Irenka.)

(Ukochana babunia - Nadzia, ciocia Lusia, moja Mama Irenka, prababcia Bronia, dziadek Władek i wujek Władek. Czterech osób ze zdjęcia niestety już nie ma, Wujek zginął śmiercią tragiczną w 1980 roku,
prababcia Bronia zmarła w latach 90, dziadek i babcia odpowiednio w 2000 i 2003 roku.)

Po wojnie matka Nadzi, Maria, mieszkała na Mazurach. Trafiła tutaj wraz z transportem ludzi wybranych przez hitlerowców do rozstrzelania. Cudem udało jej się przeżyć i ostatecznie przydzielono ją do pracy w gospodarstwie
u Niemca o nazwisku Horst. W tym samym czasie niejaki Stanisław został wypuszczony z obozu koncentracyjnego
w Działdowie i skierowany do Durągu, również do pracy.
W szopie u Horsta spotykali się raz w tygodniu wszyscy Polacy. Tam też Marysia i Staś zobaczyli się po raz pierwszy. Tuż po wojnie, gdy Niemców przepędzono z tych ziem, wzięli ślub i osiedli w jednym z opuszczonych gospodarstw. Kobieta po przejściach spotkała mężczyznę z przeszłością, którego cała rodzina wyjechała do Stanów Zjednoczonych (i kolejne jej pokolenia żyją tam do dziś), żyjąc w przekonaniu, że on nie przetrwał wojny.
Na szczęście po jakimś czasie, dzięki Czerwonemu Krzyżowi, się odnaleźli i korespondowali
ze sobą. Staś chciał wyjechać do Stanów, do czego gorąco namawiała go jego matka i rodzeństwo,
ale Maria wolała zostać w Polsce. Kochał ją nad życie, więc nie miał wyjścia, został.
Mieszkali nadal w domku z czerwonej cegły, zajmowali się rolą i hodowlą zwierząt.

W niemal każdą niedzielę Staś rozmawiał z jedną z kur, przepraszał ją i płakał, by w końcu zdecydować o jej losie - toporkiem. Marysia mogła dzięki temu ugotować pyszny rosół. Głaskał i zagadywał krowy, świnki, gęsi - kochał je wszystkie. Ulubiony biały pies, Bukiet, z pajdą chleba ze smalcem w pysku,
wyprowadzał zwierzęta na pastwisko. Sielanka...

W Durągu stoi do dziś ceglany dom, w którym mieszkali, chociaż właścicielami są zupełnie niezwiązani
z rodziną ludzie. Na tamtejszym cmentarzu znajduje się też grób pradziadków.

(Pradziadkowie: Staś i Marysia oraz Marysia z Bukietem. Dziadkowie odeszli jedno po drugim na początku lat 80., nie mieliśmy okazji się zobaczyć.)

Ta sielanka, opisywana w listach słowami "tylko ptasiego mleczka będzie wam brakowało",
skusiła Nadzię i Władka. Rzeczywistość okazała się nieco mniej urocza. W niedużym domu nie było miejsca
na czteroosobową wówczas rodzinę. Praca i życie na wsi, to nie tylko cudowne obrazki i gorący rosół.
To także ciężka harówka w rytm koła roku, w rytmie natury.
Starania o mieszkanie w niedalekiej Ostródzie nie przyniosły efektów, ale sprytna Nadzia obeszła urzędnicze przydziały i w końcu rodzina zamieszkała w samym centrum miasta, w maleńkim mieszkanku wydzielonym w zabytkowym budynku z cegły. Drugie piętro, drewniane, skrzypiące podłogi,
brak łazienki i toaleta współdzielona z sąsiadami z całego piętra. Ślepa kuchnia, dwa niewielkie pokoje,
piękny piec kaflowy. I widok z okna na całe śródmieście. To również moje wspomnienia. :)
To tu na świat przyszła Irenka, najmłodsza z rodzeństwa, moja Mama. Tu historia zakręca,
 tu po części zaczynają się moje losy. O drugiej części, rodzinie Taty, napiszę innym razem...

(Fragment ostatniego listu od prababci Broni. Pisała go mając już około, a może ponad?, 90 lat.
Zdążyłyśmy się zobaczyć, na dowód czego jest u Mamy zdjęcie, ale niestety
nie pamiętam tego spotkania, bo miałam wtedy jakieś 2 latka.)

Dziś zapalam znicze i wysyłam w przestrzeń jedno słowo: DZIĘKUJĘ. 


k.

31 komentarzy:

  1. Piękna opowieść. To niesamowite jak dużo szczegółów znasz z życia swoich przodków. I te listy... przypomniało mi się pismo mojej babci ... piękne, staranne litery, z zawijaskami. Teraz nikt tak nie pisze :/ To wspaniałe, że Twoja rodzina ma tyle pamiątek i wspomnień, zdjęcia, listy.
    Dołączam się do wirtualnego światełka dla tych co odeszli ... Pamiętamy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kózko kochana! wzruszyłam się, pięknie napisałaś! ależ ja zatęskniłam za moja babcia od strony ojca, która pięknie snuła opowieści o Syberii, o swojej młodości i miłościach, o swoim ojcu leśniczym z Hajnówki... byłam dzisiaj u babci Manisi, mamy mojej mamy, smutek i żal bo babcia już bardzo niedomaga, oglądałam zdjęcia z czasów gdy babcia była mała, gdy jej córki były małe... tylko szkoda, że babcia nie pamięta kto był kim i już nie opowie, wszystko ginie... zostaję ja sama z moim bratem, nie będzie zaraz komu powspominać :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierz mi, Kochana, że ryczałam nad tymi zdjęciami i listem... U nas też coraz mniej osób pamięta. Niestety.

      Usuń
  3. Wspaniale znać swoje korzeni.
    Moja rodzina pochodzi z dzisiejszej Ukrainy i kilka lat temu mama wraz z wujkiem odwiedzili rodzinne domy dziadków. Wspaniała podróż sentymentalna
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ukraińskie korzenie znajdę u Taty z pewnością. Niestety nie znam szczegółów i nie ma już kto mi opowiedzieć, bo dziadek nie żyje.
      Babcia Nadzia, którą opisałam w tym poście, opowiadała mi historie ze swojego życia, jak bajki na dobranoc. Dlatego pamiętam.

      Usuń
  4. To naprawdę niesamowita historia, wspaniale, że tak dobrze znasz tę historię. Sama skorzystałam z Wszystkich Świętych i wypytywałam rodziców o róże historie związane ze swoimi przodkami. Niestety tata nie zbyt lubi o tym rozmawiać, bo bardzo wcześnie stracił rodziców i bardzo ciężko mu z tym.

    niutta.blospot.com
    -Niuta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      Może za jakiś czas Twój tata będzie w stanie powiedzieć coś więcej, ocalić od zapomnienia. Kto wie?

      Usuń
  5. Kasiu historia Twojej rodziny jest przepiękna! Zazdroszczę Ci, że tyle o niej wiesz. Ja próbowałam się czegoś dowiedzieć o rodzinie mojego taty, ale jest to chyba zbyt drażliwa historia, bo nikt nie chce powiedzieć prawdy (To bardzo skomplikowane. Moja babcia, urodzona w arystokratycznej rodzinie (w Wilnie), nie była w stanie poradzić sobie z gospodarstwem, jakie przyznano dziadkom po II wojnie światowej, itp, itd.). Ale dalej próbuję, wypytuję się. Być może któregoś dnia dowiem się więcej. A Ty mnie zmotywowałaś, żeby drążyc temat dalej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Ja bym bardzo chciała wiedzieć jeszcze więcej, odnaleźć może jakichś członków dalszej rodziny, może jakieś informacje na temat prapradziadków... ale to ciężka sprawa. Bardzo trudno cokolwiek znaleźć. Musiałabym po raz kolejny pojechać na Litwę, tym razem do Niemeczyna i tam szukać w kościołach, w księgach...

      Usuń
  6. Wow uwielbiam takie historie, zawsze się czuję wtedy jak dziecko :) p.s. świetnie utrzymane stare fotografie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stan fotografii to zasługa babci Nadzi i mojej Mamy.Przechowywały je pozawijane w chusteczki itp. Część z nich trafiła do mnie właśnie z kolekcji Mamy.

      Usuń
  7. Moja babcia Kazia miała podobne pismo (też w wieku około 80 lat). Tymi zdjęciami przypomniałaś mi o tym, a nie ma jej od 28 października już 28 lat. Muszę poszukać jego śladu na jakiś starych pocztówkach. Pisywała je do swoich córek, które komuna zesłała po studiach na wybrzeże. Ja nie mogłam narzekać. Chora na astmę, miałam darmowe sanatorium, a wyjazd nad morze, to dopiero była frajda w latach 60 dziesiątych.
    Moja babcia przed wojną mieszkała z mężem w Warszawie, niestety w obawie o mojego ojca, przed jej wybuchem powrócili w łódzkie (do rodziny babci).
    Pozdrówki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wywołałam wspomnienia. :) Pozdrawiam!

      Usuń
  8. "Narody bez korzeni giną" powiedział kiedyś ktoś mądry...i ja obiema łapkami się pod tym podpisuję...serdecznie gratuluję tylu pamiątek rodzinnych, tylu wspomnień i dużej wiedzy...z racji wykonywanego zawodu (historyk - archiwista) wiem ile czasu i trudu trzeba włożyć, aby po części choć odtworzyć własne drzewo genealogiczne...ale zachęcam...rozmawiajcie z bliskimi, pielęgnujcie pamięć o tych , którym już nie ma..jeśli potrzebowalibyście pomocy służę radą (pracuję w jednym z archiwów państwowych)...pozdrawiam serdecznie idaho

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie powiedziane!
      Oj, bardzo chętnie dowiedziałabym się więcej, zwłaszcza o rodzinie ze strony mojego ojca. Z dokumentami rodziny opisanej w tym poście problem jest taki, że bardzo dużo papierów zostało spalonych, gdy Rosjanie wkroczyli na Litwę, a potem do Polski pod koniec wojny. Między innymi dlatego babcia Nadzia nie była pewna, czy urodziła się w 1930 czy 1932 roku.
      Ale szansa na poznanie rodziny z drugiej strony - bezcenna. Mam nadzieję, że będę miała okazję skorzystać z Twojej pomocy. :) Dziękuję!

      Usuń
    2. W razie pytań i wątpliwości proszę pisać śmiało...postaram się pomóc w każdy możliwy sposób...pracuję w olsztyńskim archiwum, więc terytorialnie nawet pasuje:) pozdrawiam serdecznie idaho

      Usuń
  9. Życzę Ci, żebyś "dokopała" się jeszcze głębiej do swojej historii. Ja mam dużo prościej, gdyż wiele dokumentów z zaboru pruskiego zachowało się i nawet w internecie można już odnaleźć skany. Pojawiały się również wzmianki o członkach rodziny, ich interesach w gazetach itp. W niesamowity wręcz sposób ocalał bardzo ważny dokument mojego prapraprapradziadka i jest teraz w moim posiadaniu. Odkrywanie swoich korzeni, tworzenie swojego drzewa, to fascynująca sprawa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uprzejmie zazdraszczam! Taka wiedza jest bezcenna po prostu! :) A jeśli do tego znajdą się jakieś pamiątki sprzed wieków - wspaniała sprawa. :) Uściski!

      Usuń
  10. Moje gratulacje w poszukiwaniach takiej rodzinnej historii. To nie wątpliwie bardzo ekscytujące i piękne zarazem :).
    Miłego dnia, M.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zazdroszczę Ci, że tak dużo wiesz o rodzinie. Piekne wspomnienia i na pewno dużo czasu i emocji zajęło Ci napisanie tego pieknego posta. Bardzo miło się to czyta, choć łza się kręci w oku.
    Ja mam ostatnio czesto przemyslenia dotyczace przemijania, śmierci. Na pewno dlatego, że mój tata odszedł po ciężkiej chorobie nawet nie pól roku temu, a moja mama sama została w Ustce... Staram się mysleć o tym wszystkim jako o pewnym przejściu, początku kolejnego etapu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, to jest i dużo, i jednocześnie tak bardzo, bardzo mało...
      Śmierć to coś, c czeka nas wszystkich i przynajmniej pod tym względem jesteśmy wszyscy na świecie równi. Ale, po przeczytaniu tej książki: http://bit.ly/1MikxW9 patrzę na śmierć nieco inaczej. Zataczamy koło, powstajemy z materii i w materię się obracamy, zasilając ekosystem. Śmierć to takie trochę inne życie. :)

      Usuń
  12. Piękna opowieść, dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  13. Kochana Kozo! Czytałam Twoją historię ze ściśniętym gardłem i oczami pełnymi łez, dla mnie Święto Zmarłych to najpiękniejsze święto w roku- spotkania przy grobie bliskich świadczące o tym, że wciąż żyją w naszych sercach. Moja rodzina ma korzenie mocno zapuszczone w jednym miejscu, na tym samym cmentarzu leży około 20 moich bliskich krewnych- wszyscy pradziadkowie (oprócz pradziadka Antoniego, który zginął w Sztutowie w styczniu 45r), rodzice mamy, mama taty- moja ukochana Babcia Alina zmarła w maju zeszłego roku (serce wciąż boli), rodzeństwo moich dziadków, moi wujowie i ciotki. To jest niesamowita historia, bo każde takie święto to jak wielki rodzinny zjazd... Ja też staram się zbierać małe okruszki przeszłości swojej rodziny. Moi rodzice pochodzą z Mławy, ale ja wychowałam się w Działdowie- więc losy naszych rodzin skrzyżowały się w życiowej czasoprzestrzeni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję Ci za te słowa! Bardzo! :)
      Ta pamięć to czasami jedyne co mamy. I tak sobie myślę, że to, że pamiętamy i wspominamy, to taka forma podziękowania przodkom za życie, za to, że jesteśmy.
      :*

      Usuń
  14. Piękna historia.. Ciekawy losy miała Twoja rodzina. Dobrze, że pielęgnujesz pamieć o nich.. Może teraz jak ją opisałaś w necie, ktoś przeczyta Twoją historię i poznasz inne ciekawe wątki:) Pozdrawia ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłoby ciekawie. Kilkanaście lat temu, jeszcze przez gadu-gadu, znalazło nas tutaj dwóch naszych kuzynów, którzy mieszkają pod granicą z Niemcami. Po nazwisku moich dziadków. :) To też była niesamowita historia. :)

      Usuń
  15. Kiedyś ludzie byli zupełnie inni. Warto ich pamiętać.

    OdpowiedzUsuń
  16. Super! :) ale portrety portretami ... Jakie wspaniałe pismo! :) moja babcia tez tak pięknie pisze :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój czas i komentarz. :)